Koło 3 w nocy udało mi się zasnąć. Po dwóch godzinach obudzona zostałam telefonem.
- Czy rozmawiam z Anną Krzemińską?
- Tak, a kto mówi?
Nie dowiedziałam się kto, to znaczy człowiek się przedstawił. Ale byłam w takim szoku, że nie byłam w stanie zapamiętać nazwiska. W głowie buczało tylko jedno: Krzysiek, Krzysiek jest w szpitalu.
Nawet nie wiem jakim cudem udało mi się dotrzeć tam w pół godziny i odnaleźć konkretną salę.
Mój skarb, moje największe szczęście, moja jedyna miłość leżała teraz podłączona do pikających maszyn i kolorowych kabli. Bez ruchu, z sinymi wargami. Nie pozwolili mi tam wejść, "jeszcze za wcześnie" mówili. Nie mogłam wytrzymać. Chciałam wedrzeć się tam siłą i dotknąć go, złapać za rękę, spytać dlaczego.
Co się stało? Wiedziałam. Czułam, byłam pewna.
Potwierdzenie znalazłam w oczach jego matki, która przybyła chwilę przede mną.
- Czy on przedawkował? Bierze narkotyki, prawda?
Odpowiedziało mi tylko niemal niezauważalne skinienie głową, ruch przymykających się powiek spod których pociekły stróżki łez.
Świetnie :* czekam na więcej i co dalej z Krzyskiem ;p
OdpowiedzUsuńsuper opowiadanie,pisz pisz i jeszcze raz pisz,kocham to czytac ;))))
OdpowiedzUsuńWspaniała! Jestem dumna z Ani, że mimo wszystko jest z Krzyśkiem. Oby udało mu się wyjść z tego cały:) Mam nadzieję, że to mu da do myślenia. Kochana nie przestawaj pisać nigdy!
OdpowiedzUsuń